Wspomnienie o Jurku Bonieckim

 

Jak pamiętam Jurka? W moim dorosłym życiu należy do osób zupełnie wyjątkowych. Mogę powiedzie ze miałem szczęście ze Go poznałem. Zaczęło się od spotkania w Melbourne, zaprosiliśmy Go na spotkanie Stowarzyszenia Młodych Polaków (w Wiktorii). Potem odwiedziłem Go w Sydney, i razem zrobiliśmy wywiad dla paryskiej „Kultury”. To był chyba rok 1985. Dwa lata później zaprosił mnie do dyrekcji Fundacji „Polcul”. Widywaliśmy się regularnie, w Sydney, Melbourne, a czasem w Warszawie. Jurek pokazał mnie, co znaczy być przyjacielem a przy tym człowiekiem z klasa. Żaden wysiłek z jego strony nie wydawał się za duży: odebrać z lotniska, zawieść na lotnisko, spotkać się o niewygodnej godzinie, mieć materiał gotowy do wysyłki następnego dnia – wszystko z nim wydawało się bardzo łatwe, oczywiste i nie warte wspomnienia. Przez cale lata utrzymywał ze prowadzenie Fundacji „Polcul” to był samograj – dopiero, kiedy przekazał materiały Fundacji do Melbourne okazało się jak obszerna korespondencje utrzymywał na codzien.

 

Był ciekaw innych ludzi i ich poglądów. W czasie podroży nawiązywał kontakt z obcymi, często go szukał. Opowiadał mi o rozmowach, jakie toczył z nieznajomymi: księdzem w pociągu relacji Rzym – Mediolan, osoby przygodnie spotkanej na promie w Grecji czy w samolocie. Dostałem od niego w prezencie książkę Petera Ustinowa, która wydawała mu się bliska – refleksje Pana Boga z niedoskonałości świata ziemskiego. Był kawalarzem, cenił dowcip. W Jego biurze przez lata wisiało zdjęcie, które zrobił wraz z przyjacielem w strojach z XIX w., taka zgrywa na firmę ze stuletnia tradycja. Jego firma to Stolat Pty Ltd., czyli nazwa kompletnie egzotyczna w Australii, sam ja wybrał chyba na przekor konwencji anglicyzacji.

 

W roku 1991, odbyło się spotkanie „na szczycie” w Tasmanii. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1989r Jurek szukiwał nowego kierunku dla Fundacji. Pojechaliśmy na Tasmanie spotkać się z Jankiem Pakulskim, i razem z nim toczyliśmy dyskusje nad nowym kierunkiem. Po drodze wspięliśmy się na jeden z wyższych szczytów Tasmanii (Cradle Mountain) i po powrocie popijaliśmy w schronisku. Jurek najlepiej się czul w takiej atmosfery: swobodnej, w kontakcie z natura i wśród biesiady przyjaciół. Nowe zasady Fundacji zrodziły się z tych rozmów i dyskusji.

 

Po odzyskaniu niepodległości Jurek wybrał się do Polski. Nie był tam przez wiele lat, od czasu wyjazdu do Australii bodajże w 1959r. Któregoś dnia rano wstał rano, wyszedł na Solec, ujrzał biedaka grzebiącego w śmieciach i zapłakał. To było jego spotkanie z Warszawa po latach.

 

W jego pokoju było zdjęcie matki. Rzadko o niej mówił, ale czuło się ze ja kochał.  Po operacji w maju 2003 powiedzial mi ze zginęła podczas likwidacji getta we Lwowie, dokąd wyjechała z Warszawy. Jurek pochodził z Warszawy, ojciec był socjalista PPS, prowadzał go na pochody 1-go maja. Czasami opowiadał  rodzinne historie przypominające ducha  „magicznego realizmu”. Jego kuzynka była partnerka Che Guevary, zginała w Boliwii w zaawansowanej ciąży stracona przez armie boliwijska. Jego ciotka napisała do niego z NRD w latach 1950-tych ciesząc się ze buduje socjalizm – odpisał jej ze nie chce jej znać. Po wojnie ojciec pisywał do niego z Nowego Jorku, ale przestał w latach stalinowskich. Jurek odszukał ostatnia rodzinę ojca w latach 60-tych ale poznał już tylko córka – przyrodnia siostrę, z która zresztą się zaprzyjaźnił.

 

W czasie okupacji Jurek przeszedł przez trzy rodziny, które zaopiekowaly się nim kiedy zostal sam w Warszawie, i z którymi się zrósł i zaprzyjaźnił na cale życie.  Dłuższy czas spędził z rodzina z dwiema córkami. Miał wtedy 12 lat. Opowiadal mi ze matka była piękna kobieta. Jurek ja i lubił i podziwiał. Kiedy Fundacja Polcul zaczęła przyznawać nagrody w imieniu fundatorow,”jego” nagrody przyznawane były w imieniu córek – Stachy i Zochy. Jurek był dumny z tego ze był w stanie zarobkować – sprzedawał gazety. Nie miał uczucia strachu, pomimo okupacji. Włączył się w działalność młodzieżowej AK, i tam miał wielu przyjaciół. Przed Powstaniem Warszawskim znalazł się na zgrupowaniu w okolicach Piaseczna. Wielu jego przyjaciół i kolegów była na innym zgrupowaniu w Julinku (pln-zach), i prawie wszyscy zginęli w Powstaniu. Im drogę zablokowały oddziały Węgrów. Po wojnie zgrupowanie Jurka utrzymało się jeszcze przez półtora roku w okolicach Jeleniej Góry. Potem powrót do Warszawy, studia prawa na UW. Entuzjazm dla motocyklow, opowiadał mi jak zapalali motocykl w mieszkaniu na pierwszym piętrze na Pl. Konstytucji w Warszawie.

 

Praca w handlu zagranicznym, wyjazd do Indii, który okazał się wstrząsem. Jurek nie mógł pojąc obecności głodu i śmierci na ulicach miast Indii, i tego ze było to akceptowane. To był szok dla Jego poczucia sprawiedliwości i egalitaryzmu. Powiedział mi ze to było najbardziej szokujące przeżycie dla niego.

 

Poznał wielu ludzi w swoim życiu i miał dla nich zrozumienie. Pochodził z pokolenia wojennego. Miał świadomość jak wiele osób szlachetnych i godnych podziwu zginęło. Myślę ze stad wywodziło się Jego zrozumienie dla „małych bohaterów”. Pozbawiony sentymentalizmu, miał poczucie długu zaciągniętego wobec tych ludzi i swego pokolenia. Ten dług chciał spłacić. Będąc osoba aktywna czasami dzielił się refleksja jak mało osób jest naprawdę gotowych do działania na rzecz zmiany. Zaprzyjaźnił się z Janem Nowakiem-Jezioranskim, kiedy jako jeden z niewielu popierał finansowo jego działania w USA. Wielokrotnie podróżował do Francji, odwiedzał wraz z Zosia paryska „Kulturę” i pracował na jej rzecz. Był aktywny w ruchu ekologów już na początku lat 70tych, bronił drzew w swojej dzielnicy, brał udział w wielu akcjach społecznych, a w ostatnim okresie swego życia działał ochotniczo w „Amnesty International” i rozwożąc obiady dla ludzi starszych i niepełnosprawnych w gminie.

 

Był głęboko przywiązany do kultury polskiej. Jednocześnie na emigracji był sceptyczny wobec „polonocentryzmu”; wartości uniwersalne takie jak wolność i sprawiedliwość były ważniejsze. Sceptyczny wobec działalności polonijnej, zaangażował się z sercem w działania Australijskiego Instytutu Spraw Polskich. To było działanie skierowane na rzecz Polski i Australii, bardziej niż dla środowiska polonijnej emigracji.

 

 

W moich myślach trudno oddzielić Jurka od Rose Bay – miejsca zamieszkania i spotkań z przyjaciółmi. Wraz z Zosia gościli w Rose Bay wiele osób, często tez zatrzymywali się tam odwiedzający z Polski. Jurek miał duży dar przyciągania interesujących ludzi. Czasami z tych spotkań rodziły się długotrwale przyjaźnie, jak z Jankiem Hanaszem, późniejszym przedstawicielem Fundacji „Polcul” w Polsce.

Kochał swobodę, w Grecji szalał na motorze podczas wakacji. W corocznych podróżach lubił tez okolice południowej Francji. Gdziekolwiek nie był, przywoził anegdoty związane z życiem codziennym.

 

Jego spuścizna, w która włożył serce, jest „Polcul Foundation”. Doszedł do niej od poparcia dla „human rights” w drugiej połowie lat 70-tych, poprzez zaangażowanie dla działaczy Solidarności i opozycji demokratycznej stanu wojennego, do poparcia dla „małych bohaterów” w budowie społeczeństwa obywatelskiego. Dla nas był przyjacielem, kompanem, natchnieniem. Był oddany swojej własnej i przybranej rodzinie z czasów okupacji. Czasami mówił ze więzi przyjaźni i wspólnych zainteresowań są bardziej trwale od więzów krwi. Nosił tez w sobie wiele pytań, które domyślam się ze zostały bez odpowiedzi. Zawsze gotów do mądrej rady służył przyjaciołom z ogromna skromnością.

 

Wojciech Zagala